Jak wciąż rosnąć?

Polska w ciągu ostatnich czterech dekad osiągnęła ogromny sukces gospodarczy, znacząco zwiększając poziom zamożności i konkurencyjność. Dalszy rozwój wymaga jednak odejścia od modelu opartego na taniej sile roboczej na rzecz innowacyjności, automatyzacji, wzrostu produktywności i własnych technologii. Kluczowe będzie wspieranie rozwoju małych firm w średnie i duże przedsiębiorstwa, zapewnienie im dostępu do kapitału oraz ekspansji zagranicznej. Równie ważne są skuteczna restrukturyzacja, planowanie sukcesji i ochrona zgromadzonego kapitału. Przyszłość polskiej gospodarki zależy od tego, czy nauczymy się nie tylko tworzyć firmy, lecz także rozwijać je, budować ich międzynarodową pozycję i zapewniać im długoterminową stabilność.

Jak wciąż rosnąć?
Spis treści
Heading 2

Narzekanie na polską gospodarkę jest jednym z naszych sportów narodowych. Za wysokie podatki,  za niskie wynagrodzenia, za dużo regulacji, za mało inwestycji, kiepska demografia, trudny dostęp do  finansowania i wieczna obawa, że Niemcy kichną, a my natychmiast dostaniemy zapalenia płuc. Część  tych zarzutów ma oczywiście podstawy. Warto jednak czasem oderwać wzrok od ostatniego kwartału i  spojrzeć na gospodarkę z perspektywy jednego pokolenia. Wtedy obraz robi się znacznie ciekawszy. A  nawet, uwaga, optymistyczny! 

Opublikowany przez Polski Instytut Ekonomiczny raport „Cztery dekady sukcesu. Polska droga do  zamożności” pokazuje skalę przemiany, którą łatwo przeoczyć właśnie dlatego, że wydarzyła się na  naszych oczach. Od 1990 r. realny PKB na mieszkańca Polski wzrósł o 266 proc., a kraj przeszedł  drogę od najbiedniejszej gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej do jednego z zamożniejszych  państw regionu. Jeszcze w latach 90. polski PKB na mieszkańca odpowiadał za mniej więcej 20–40  proc. wartości osiąganej przez państwa rozwinięte; dzisiaj w zależności od miary jest to nawet 75–100  proc. W ujęciu uwzględniającym siłę nabywczą zbliżyliśmy się do poziomu Japonii i coraz mocniej do  średniej Unii Europejskiej. 

To są dane, z których naprawdę można być dumnym. Jednocześnie właśnie one prowadzą do  pytania trudniejszego niż wszystkie wcześniejsze: co dalej? Polska przez trzy dekady była przede  wszystkim krajem doganiającym. Doganianie ma tę zaletę, że przynajmniej wiadomo, w którą stronę  biec. Można podpatrywać bogatszych, importować ich technologie, kapitał, organizację pracy i modele  biznesowe. Kiedy jednak dystans się zmniejsza, kopiowanie przestaje wystarczać. W pewnym  momencie trzeba zacząć samemu wyznaczać kierunek. 

Sukces kończy erę taniej Polski 

Jednym z głównych motorów naszego rozwoju było przez lata wyjątkowo korzystne połączenie:  dobrze wykształceni pracownicy, relatywnie niskie płace, duży rynek wewnętrzny, dostęp do rynku UE  oraz stabilność wynikająca z integracji z Zachodem. Nic dziwnego, że Polska stała się bardzo  atrakcyjnym miejscem dla zagranicznego kapitału. Według PIE średnioroczny napływ bezpośrednich  inwestycji zagranicznych odpowiadał około 3,5 proc. PKB, a ponad połowę napływu BIZ stanowiły  reinwestowane w Polsce zyski. Zagranicznym przedsiębiorcom działalność w Polsce po prostu się  opłacała. 

Problem — jeżeli w ogóle można nazwać go problemem — polega na tym, że sukces tego modelu  stopniowo pozbawia nas jego głównej przewagi. Wraz ze wzrostem zamożności rosną wynagrodzenia,  ceny usług i oczekiwania pracowników. PIE wskazuje, że realny wolumen PKB na mieszkańca Polski  sięga już 81 proc. średniej UE, podczas gdy poziom cen pozostaje około 27 proc. niższy. Ta różnica  będzie z czasem malała. Dla obywatela to dobra wiadomość — oznacza większą siłę nabywczą i wyższy  poziom życia. Dla przedsiębiorcy oznacza natomiast konieczność znalezienia nowej przewagi  konkurencyjnej. 

Firma, która przez dwadzieścia lat wygrywała głównie dlatego, że polski inżynier, operator maszyny  czy księgowy kosztował istotnie mniej niż jego niemiecki odpowiednik, nie będzie mogła w  nieskończoność opierać na tym modelu swojej rentowności. I bardzo dobrze. Celem rozwoju gospodarczego nie może być przecież utrzymanie Polski jako kraju permanentnie taniej pracy. Kłopot  zaczyna się dopiero wtedy, gdy wzrastają koszty charakterystyczne dla gospodarki zamożnej, ale  przedsiębiorstwo nadal działa według modelu właściwego gospodarce rozwijającej się. 

Doganianie jest łatwiejsze niż wymyślanie 

Raport PIE używa bardzo dobrego sformułowania: „skuteczne naśladownictwo”. Przez sporą część  ostatnich dekad Polska mogła importować gotowe technologie, adaptować sprawdzone rozwiązania i  korzystać z transferu know-how dokonywanego przez inwestorów zagranicznych. To nie jest powód  do wstydu. Właściwie wykorzystane naśladownictwo jest jedną z najlepszych strategii rozwojowych dla  gospodarki, która startuje z dużego dystansu do liderów. 

Wydatki na badania i rozwój zwiększyły się w Polsce z około 0,6 proc. PKB w 1996 r. do 1,4 proc.  w 2024 r. Polska odpowiada już za około 42 proc. wszystkich wydatków na B+R w Europie Środkowo Wschodniej, dysponując przy tym jedną z największych w Unii pulą naukowców i inżynierów. Ze  swojej strony od razu zwracam uwagę, że brak należytej współpracy na styku  państwo/biznes/academia powoduje ponownie drenaż najlepszych specjalistów na zachód, głównie do  USA. Uzmysłowienie sobie ilu rodaków tworzy OpenAI potrafi przytłoczyć. Jednocześnie powoływany  raport zwraca uwagę, że luka wobec najbogatszych gospodarek dotyczy przede wszystkim prywatnych  nakładów przedsiębiorstw na badania i rozwój. I właśnie w tym miejscu zaczyna się kolejny etap  rozwoju. Łatwiej kupić technologię niż ją stworzyć. Łatwiej otworzyć fabrykę produkującą komponent  dla globalnego koncernu niż stworzyć produkt, który za dziesięć lat będą kopiować inni. Łatwiej  świadczyć usługę dla międzynarodowej korporacji niż samemu stać się taką korporacją. 

Nie oznacza to, że Polska pozostała „montownią Europy”. Dane właściwie przeczą takiemu  uproszczeniu. Udział towarów wysokiej technologii w polskim eksporcie wzrósł z 2,3 proc. w 2002 r.  do 11,2 proc. w 2025 r., a dwa z trzech najszybciej rozwijających się segmentów przemysłu należą do  obszarów o większym zaawansowaniu technicznym: produkcji urządzeń elektrycznych oraz elektroniki i  komputerów. Produktywność polskiego przetwórstwa wzrosła natomiast przez trzy dekady o ponad  281 proc., mimo że liczba pracowników właściwie się nie zmieniła — z około 3,1 mln w 1995 r. do 3,3  mln w 2024 r. 

To może być jedna z najważniejszych informacji w całym raporcie. Bogactwa nie buduje się poprzez  dokładanie w nieskończoność kolejnych ludzi do tego samego procesu. Buduje się je przez zwiększanie  wartości, którą jeden człowiek jest w stanie wytworzyć. Dla przedsiębiorcy różnica jest fundamentalna.  Można podwoić produkcję, zatrudniając dwa razy więcej pracowników, albo podwoić ją dzięki  technologii, automatyzacji, lepszej organizacji i wykorzystaniu danych przy podobnym zatrudnieniu. W  pierwszym przypadku rośnie firma. W drugim rośnie również produktywność, a właśnie ona będzie w  kolejnej dekadzie decydowała o przewadze konkurencyjnej. 

Od start-upu do dużej polskiej firmy 

W tym miejscu ciekawie łączy się raport PIE z dyskusją o polskich start-upach. Polska potrafi już  stworzyć innowacyjną spółkę. Znacznie trudniejszym pytaniem jest, czy potrafimy stworzyć warunki, w  których taka spółka nie sprzeda się przy pierwszej atrakcyjnej wycenie zagranicznemu inwestorowi, lecz urośnie do skali międzynarodowej, pozyska kolejne rundy finansowania, wejdzie na GPW albo inny  rynek kapitałowy i sama zacznie kupować konkurentów. 

Nie bez powodu Komisja Europejska w 2026 r. uruchomiła European Startup & Scaleup  Scoreboard. Samo powstawanie start-upów przestało być wystarczającą miarą innowacyjności. Coraz  ważniejsze staje się to, ile z nich potrafi przejść z etapu dobrego pomysłu do firmy zatrudniającej setki  lub tysiące osób, działającej międzynarodowo i zdolnej do finansowania dalszego wzrostu z rynku  kapitałowego. W polskiej gospodarce problemem nie jest wyłącznie brak talentu czy infrastruktury, ale  przejście od pomysłu do skali. 

GPW może w tym procesie odegrać znacznie większą rolę niż dotychczas. Rynek kapitałowy nie  powinien być wyłącznie miejscem, w którym dojrzały właściciel po dwudziestu latach prowadzenia  firmy częściowo monetyzuje swój sukces. Powinien być jednym z mechanizmów finansowania wzrostu.  Jeżeli chcemy mieć polskie odpowiedniki globalnych firm technologicznych, medycznych,  przemysłowych czy energetycznych, to przedsiębiorstwa te muszą mieć dostęp do kapitału większego  niż możliwości założyciela i kredyt bankowy. W pewnym momencie potrzebne są fundusze VC, private  equity, obligacje, giełda i inwestorzy instytucjonalni. Inaczej będziemy znakomitym krajem do  tworzenia technologii, które następnie będą skalowane już pod cudzą banderą. 

Polska ma dużo firm. Potrzebuje też dużych firm 

Polska jest krajem przedsiębiorczym, ale struktura naszej przedsiębiorczości pozostaje bardzo  rozdrobniona. Według raportu PARP w 2024 r. sektor MŚP stanowił 99,8 proc. wszystkich aktywnych  przedsiębiorstw niefinansowych, a same mikroprzedsiębiorstwa aż 97,2 proc. — około 2,3 mln  podmiotów. Firm dużych było natomiast około 3,9 tys., czyli zaledwie 0,2 proc. całej populacji  przedsiębiorstw. Co więcej, ponad trzy czwarte mikrofirm to podmioty, w których pracuje najwyżej  jedna osoba. 

Nie ma w tym nic złego. Mikroprzedsiębiorstwa są niezwykle ważną częścią gospodarki: dają pracę  milionom ludzi, pozwalają na samozatrudnienie, tworzą lokalne usługi i stanowią naturalne środowisko,  z którego wyrastają większe firmy. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy przedsiębiorstwo mikro  pozostaje mikro nie dlatego, że taki model odpowiada właścicielowi i charakterowi działalności, lecz  dlatego, że nie potrafi przejść kolejnego etapu rozwoju. Zdrowa gospodarka potrzebuje piekarni,  kancelarii, warsztatu samochodowego i jednoosobowej firmy informatycznej. Potrzebuje jednak  również przedsiębiorstw zdolnych zainwestować kilkaset milionów złotych, przejąć zagranicznego  konkurenta, finansować wieloletni projekt badawczy, utrzymać własny dział R&D i wejść z produktem  na kilkanaście rynków jednocześnie. 

Skalę różnicy dobrze pokazują liczby. Według PARP mikrofirmy odpowiadały w 2023 r. za około  28,5 proc. PKB, a duże przedsiębiorstwa za 27,6 proc. A zatem niespełna cztery tysiące największych  przedsiębiorstw tworzyło porównywalną część PKB jak ponad dwa miliony mikrofirm. Nie oznacza to  oczywiście, że duży zawsze znaczy lepszy. Pokazuje jednak, dlaczego skala ma znaczenie dla zdolności  gospodarki do inwestowania, prowadzenia badań, ekspansji zagranicznej i akumulowania kapitału. 

Problemem kolejnej dekady nie będzie więc prawdopodobnie brak przedsiębiorczości jako takiej.  Przedsiębiorców mamy bardzo wielu. Wyzwaniem będzie stworzenie warunków, w których część  małych firm będzie potrafiła zostać średnimi, część średnich dużymi, a część dużych - przedsiębiorstwami o znaczeniu europejskim lub globalnym. I tutaj dochodzimy do kwestii, której nie  da się ominąć: kapitału. 

Firma może przez jakiś czas rosnąć dzięki pieniądzom właściciela i wypracowanemu zyskowi.  Później pojawia się kredyt, leasing albo finansowanie obrotowe. Ale przy większej skali trzeba  sfinansować nową fabrykę, przejęcie konkurenta, ekspansję zagraniczną, wdrożenie technologii, wejście  na nowy rynek albo kilkuletni projekt badawczo-rozwojowy. Tego nie da się zawsze zrobić z bieżącego  cash flow. Dojrzała gospodarka potrzebuje więc nie tylko przedsiębiorców, ale także dobrze  funkcjonującego systemu finansowania przedsiębiorstw: banków gotowych finansować wzrost,  rozwiniętego rynku kapitałowego, funduszy private equity i venture capital, obligacji, inwestorów  instytucjonalnych oraz mechanizmów publicznych uzupełniających finansowanie tam, gdzie prywatny  kapitał nie jest jeszcze gotowy ponieść ryzyka. 

To dlatego tak istotna jest również giełda. GPW nie powinna być wyłącznie miejscem, w którym  właściciel po trzydziestu latach prowadzenia biznesu częściowo spienięża dorobek. Powinna być  również mechanizmem pozwalającym przedsiębiorstwu pozyskać kapitał na kolejne trzydzieści lat  wzrostu. Jeżeli obecnie słyszy się porównywanie giełdy do kasyna przez osoby reprezentujące autorytet,  to jest to już jedynie przykry wyraz niezrozumienia rzeczywistości. Podobnie należy patrzeć na  finansowanie przejęć. Polski przedsiębiorca, który osiągnął granicę wzrostu organicznego, nie zawsze  musi budować kolejny dział od zera. Może kupić konkurenta, technologię, portfel klientów albo firmę  posiadającą dostęp do zagranicznego rynku. Akwizycja nie jest ekstrawagancją zarezerwowaną dla  największych koncernów. W dojrzałej gospodarce jest jednym z podstawowych sposobów skalowania  biznesu. 

Kapitał trzeba również umieć zachować 

Z perspektywy doradcy restrukturyzacyjnego dodałbym jeszcze jedną rzecz. Sam dostęp do  finansowania nie wystarczy. Gospodarka potrzebuje również mechanizmów, które pozwalają nie tracić  już zgromadzonego kapitału, gdy przedsiębiorstwo przechodzi kryzys. 

W Polsce przez ostatnie trzydzieści lat powstały tysiące firm, które zgromadziły wartościowy  majątek, technologię, know-how, klientów, sieci dystrybucji i zespoły pracowników. Jeżeli  przedsiębiorstwo posiadające taki potencjał traci przejściowo płynność, odpowiedzią nie zawsze  powinna być likwidacja. Właśnie dlatego dostęp do sprawnej restrukturyzacji jest elementem  infrastruktury gospodarczej równie istotnym jak dostęp do kredytu czy kapitału inwestycyjnego. Dobre  prawo restrukturyzacyjne pozwala zachować przedsiębiorstwo wtedy, gdy jego działalność jest  ekonomicznie uzasadniona, ale dotychczasowa struktura finansowania przestała działać. Kapitał  zgromadzony przez dwadzieścia lat może zostać zniszczony w ciągu kilku miesięcy chaotycznych  egzekucji. Restrukturyzacja daje szansę, aby temu zapobiec. 

To samo dotyczy planowania rozwoju. Rosnąca firma powinna wiedzieć nie tylko, ile chce sprzedać  za rok, ale również skąd weźmie kapitał na wzrost, jaką część działalności chce finansować długiem,  kiedy potrzebuje inwestora, jakie przejęcia mogą przyspieszyć jej rozwój oraz co zrobi, jeżeli scenariusz  bazowy się nie powiedzie. W pewnym momencie przedsiębiorczość przestaje być wyłącznie  umiejętnością zdobywania klientów. Staje się również umiejętnością zarządzania bilansem.

Jest wreszcie sukcesja, o której w kontekście polskiego sukcesu gospodarczego mówi się  zdecydowanie za mało. Znaczna część przedsiębiorstw powstałych na początku transformacji została  zbudowana przez ludzi, którzy dziś zbliżają się do momentu przekazania firmy następnemu pokoleniu  albo sprzedaży biznesu. To będzie jeden z największych testów polskiego kapitału prywatnego. Jeżeli  każde przedsiębiorstwo wraz z odejściem założyciela będzie dzielone, sprzedawane w częściach albo  traciło zdolność do działania, trudno będzie budować duże firmy istniejące przez kilka pokoleń.  Zamożne gospodarki nie składają się wyłącznie ze świetnych przedsiębiorców. Składają się także z  instytucji i przedsiębiorstw, które potrafią przetrwać swoich założycieli. 

I tu właśnie spotykają się finansowanie, akwizycje, restrukturyzacja i sukcesja. To nie są cztery  odrębne tematy. To cztery elementy tego samego procesu: akumulowania polskiego kapitału i  niedopuszczania do jego ciągłego rozpoczynania od zera. 

Mamy również własny kapitał 

Co ciekawe, ten proces już trwa. Jeszcze trzy dekady temu opowieść o polskiej gospodarce była  opowieścią o zagranicznym kapitale wchodzącym do kraju. Dziś ponad 2 tys. polskich przedsiębiorstw  posiada udziały w ponad 5 tys. jednostek zagranicznych, a wartość polskich aktywów zainwestowanych  międzynarodowo przekroczyła 567 mld EUR, czyli około 61 proc. PKB. PIE wskazuje wprost, że  ciężar rozwoju stopniowo przesuwa się z jednostronnego napływu zagranicznego kapitału w stronę  dwustronnych inwestycji i ekspansji polskich podmiotów. 

To jakościowo zupełnie inny etap rozwoju. Kraj biedny przede wszystkim przyjmuje kapitał. Kraj  zamożniejszy zaczyna go eksportować. Jeszcze dwadzieścia lat temu wielkim sukcesem przedsiębiorcy  było zdobycie niemieckiego klienta. Dzisiaj sukcesem może być przejęcie niemieckiego konkurenta,  budowa zakładu w Stanach Zjednoczonych albo sprzedaż własnego produktu w kilkudziesięciu krajach.  Dla firm zrzeszonych w Zachodniej Izbie Gospodarczej nie jest to zresztą abstrakcja. Dolny Śląsk od  lat pozostaje jednym z najbardziej umiędzynarodowionych regionów kraju. Następnym krokiem po  eksporcie nie musi więc być wyłącznie większy eksport. Może nim być inwestycja kapitałowa, własna  sieć sprzedaży, przejęcie zagranicznej firmy lub przesunięcie się w górę łańcucha wartości. 

Sukces nie chroni przed kryzysem 

Na gospodarkę patrzę oczywiście również przez pryzmat mojego zawodu. Kwalifikowany doradca  restrukturyzacyjny spotyka przedsiębiorstwo zazwyczaj wtedy, kiedy coś już przestało działać. I właśnie  z tej perspektywy warto rozprawić się z jeszcze jednym złudzeniem: dobra kondycja gospodarki nie  oznacza dobrej kondycji każdej działającej w niej firmy. PKB może rosnąć, bezrobocie może być  rekordowo niskie, eksport może poprawiać swoją strukturę, a konkretna spółka może jednocześnie  utracić płynność. 

Powody są zwykle dużo bardziej prozaiczne niż wielkie kryzysy makroekonomiczne. Firma może  działać w segmencie, którego znaczenie maleje, mieć źle skalkulowane kontrakty, zbyt agresywnie  finansować rozwój długiem, nie kontrolować kapitału obrotowego albo przez lata ignorować spadającą  marżę. Może też po prostu funkcjonować według modelu, który znakomicie sprawdzał się w Polsce  2010 r., ale nie pasuje do Polski 2026 r. Im gospodarka jest dojrzalsza, tym mniej wybacza  przedsiębiorstwu taką nieefektywność. Kiedy cały rynek rośnie bardzo szybko, część błędów można przykryć nowym kontraktem, kolejnym leasingiem lub zwiększeniem zatrudnienia. Na rynku dojrzałym  zaczyna liczyć się jakość marży, produktywność, płynność, automatyzacja, dane i zdolność adaptacji. 

Dlatego wbrew nazwie restrukturyzacja nie powinna zaczynać się w chwili, w której przedsiębiorca  przestaje płacić. Wtedy rozpoczyna się już restrukturyzacja w rozumieniu prawnym — nierzadko pod  presją czasu i wierzycieli. Znacznie ciekawsza jest restrukturyzacja biznesowa przeprowadzona kilka lat  wcześniej, gdy zarząd zauważa, że model, który zbudował sukces przedsiębiorstwa, przestaje być  modelem przyszłości. Zmiana technologii, rezygnacja z nierentownego produktu, przejęcie konkurenta,  wejście na inny rynek, automatyzacja albo pozyskanie inwestora są również restrukturyzacją. Tyle że  dokonywaną wtedy, kiedy firma nadal ma wybór. 

Polska także musi się dalej restrukturyzować 

W swojej najprostszej formie restrukturyzacja oznacza przecież dostosowanie struktury organizacji  do zmieniającej się rzeczywistości. Właśnie to Polska robiła przez ostatnie cztery dekady. Z gospodarki  o dużym znaczeniu rolnictwa przeszliśmy do gospodarki z dominacją usług i nowoczesnego przemysłu.  Z kraju niedoboru kapitału stajemy się krajem posiadającym własny kapitał inwestowany za granicą. Z  kraju niskich płac przechodzimy do gospodarki, w której o przewadze coraz silniej musi decydować  produktywność, technologia i kapitał ludzki. 

Autorzy raportu PIE trafnie przypominają, że polski sukces nie był cudem gospodarczym. Był  wynikiem pracy milionów ludzi, otwartości na handel, rozwoju prywatnej przedsiębiorczości, edukacji,  inwestycji i integracji ze światową gospodarką. Jednocześnie wskazują, że dalszy wzrost będzie wymagał  m.in. większej stopy inwestycji prywatnych, rozwoju rynku kapitałowego, poprawy ładu  instytucjonalnego i dalszego wzrostu produktywności. 

Do tego dochodzi demografia. PIE wskazuje, że nawet istotne odwrócenie obecnych trendów  dzietności nie zapobiegnie znacznemu spadkowi liczby ludności w kolejnych dekadach, ponieważ coraz  mniej osób będzie znajdowało się w wieku rozrodczym. Dla biznesu oznacza to, że automatyzacja i  zwiększanie produktywności przestaną być jedynie metodą zwiększania marży. W niektórych sektorach  będą warunkiem dalszego funkcjonowania, bo zwyczajnie zabraknie pracowników. Pisałem o tym  wcześniej artykuł dla Zachodniej Izby Gospodarczej. 

Podsumowanie 

Raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego jest powodem do uzasadnionej satysfakcji. Duża część  opisanego w nim sukcesu powstała przecież nie w tabelach makroekonomicznych, lecz w setkach  tysięcy przedsiębiorstw. To firmy zatrudniały ludzi, inwestowały, eksportowały, kupowały technologię,  ryzykowały własnym kapitałem, uczyły się nowych rynków, bankrutowały i zaczynały od początku. W  efekcie Polska z 2026 r. gospodarczo coraz mniej przypomina kraj z początku transformacji. 

Sukces ma jednak niewygodną właściwość: podnosi poprzeczkę. Polska firma nie będzie mogła w  nieskończoność wygrywać dlatego, że jest tańsza. Będzie musiała być bardziej produktywna, lepiej  zarządzana, bardziej innowacyjna albo posiadać produkt i markę, których konkurent nie może łatwo  skopiować. Musimy nauczyć się nie tylko zakładać przedsiębiorstwa, ale również je skalować; nie tylko  przyciągać zagraniczny kapitał, lecz także akumulować własny; nie tylko eksportować towary, lecz także  kupować zagraniczne firmy i technologie. Do tego potrzebujemy większej liczby przedsiębiorstw średnich i dużych, dostępu do finansowania, rozwiniętego rynku kapitałowego, sprawnych  mechanizmów restrukturyzacyjnych i świadomie planowanej sukcesji. Polskim problemem kolejnego  pokolenia nie będzie już bowiem samo stworzenie prywatnego kapitału. Będzie nim nauczenie się, jak  ten kapitał powiększać, łączyć i przekazywać dalej. 

Pierwsze cztery dekady naszego sukcesu były przede wszystkim historią doganiania. Piąta będzie  prawdopodobnie trudniejsza, bo kiedy doganiasz innych, możesz biec ich śladem. Kiedy już do nich  docierasz, musisz sam zdecydować, dokąd prowadzi dalsza droga. 

Źródła wykorzystane w tekście 

• Polski Instytut Ekonomiczny, M. Klucznik, J. Muchorowski, „Cztery dekady sukcesu. Polska droga do zamożności”, Warszawa 2026. • PARP, „Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce 2026”. 

• Komisja Europejska, European Startup & Scaleup Scoreboard 2026.

Sprawdź profil eksperta