Insolwencyjne narzędzia windykacyjne

Skuteczna windykacja nie zawsze musi ograniczać się do schematu: wezwanie do zapłaty, pozew i egzekucja komornicza. W sytuacji niewypłacalności dłużnika wierzyciel może wykorzystać także narzędzia prawa restrukturyzacyjnego i upadłościowego, takie jak wniosek o upadłość, sanację, ustanowienie tymczasowego nadzorcy czy zarządcy przymusowego. Mogą one pomóc zabezpieczyć majątek dłużnika, uzyskać informacje o jego sytuacji i zwiększyć szanse na odzyskanie należności. Kluczowe jest jednak właściwe rozpoznanie sytuacji i dobór instrumentu, ponieważ ich zastosowanie wymaga spełnienia określonych przesłanek prawnych.

Insolwencyjne narzędzia windykacyjne
Spis treści
Heading 2

Czy wierzyciel naprawdę musi czekać na nakaz zapłaty? 

Windykacja należności potrafi być zajęciem niewdzięcznym. W teorii wszystko wygląda prosto:  wykonaliśmy usługę, dostarczyliśmy towar, wystawiliśmy fakturę, minął termin płatności,  kontrahent nie zapłacił. Wysyłamy wezwanie do zapłaty, następnie pozew, uzyskujemy tytuł  wykonawczy, kierujemy sprawę do komornika i odzyskujemy pieniądze. Można wręcz odnieść  wrażenie, że cały proces został przez ustawodawcę zaprojektowany w formie czytelnego schematu  blokowego. 

Praktyka bywa mniej elegancka. Dłużnik nie odbiera korespondencji, kwestionuje fakturę, której  przez pół roku nie kwestionował, zmienia rachunki bankowe, sprzedaje składniki majątku, przenosi  działalność do kolejnej spółki albo po prostu jest od wierzyciela o kilka ruchów szybszy.  Postępowanie sądowe trwa, tymczasem inni wierzyciele uzyskują tytuły wykonawcze, komornik  zajmuje nieruchomość, bank wypowiada finansowanie, a przedsiębiorca, który pierwszy zauważył  problem, wcale nie musi być pierwszym przedsiębiorcą, który otrzyma pieniądze. 

Stąd w windykacji samo pytanie: „czy moja wierzytelność istnieje?” jest często niewystarczające.  Równie istotne brzmi: „czy za pół roku będzie jeszcze z czego ją wyegzekwować?”. 

Schemat sądowego odzyskiwania należności jest prosty i bardzo dobrze rozpoznany przez  profesjonalistów z obydwu stron. Dlatego też, żeby maksymalizować szanse odzyskania swoich  pieniędzy warto czasem wyjść poza ten schemat i otworzyć się na rozwiązania nie tyle nowe, co  jeszcze tak mocno rozpowszechnione. W tym miejscu pojawia się prawo insolwencyjne, czyli  szeroko rozumiane prawo restrukturyzacyjne i upadłościowe. Kojarzymy je zazwyczaj z  dłużnikiem, który chce się restrukturyzować, albo ze spółką, która jest już tak niewypłacalna, że  trzeba przeprowadzić likwidację jej majątku. Tymczasem część instytucji przewidzianych tymi  ustawami może być bardzo skutecznym narzędziem ochrony interesu wierzyciela. Czasami pozwala  uzyskać informacje o majątku dłużnika, czasami zabezpieczyć ten majątek przed dalszym  uszczuplaniem, czasami zatrzymać egzekucję prowadzoną przez kogoś innego, a czasami wywrzeć  bardzo realną presję na osoby zarządzające przedsiębiorstwem. 

Nie są to oczywiście „sztuczki windykacyjne”. Każda z opisanych poniżej instytucji ma własny cel  ustawowy i może być stosowana wyłącznie wtedy, gdy występują jej przesłanki. Wniosek o  upadłość złożony w złej wierze może skończyć się dla wierzyciela kosztami, obowiązkiem  publicznego oświadczenia, a nawet roszczeniem odszkodowawczym dłużnika lub osoby trzeciej.  Jeżeli jednak przesłanki rzeczywiście istnieją, prawo insolwencyjne oferuje wierzycielowi arsenał  znacznie bogatszy niż samo wezwanie do zapłaty. 

Zakaz prowadzenia działalności – kiedy problem przestaje dotyczyć tylko spółki 

Zacznijmy od narzędzia najbardziej osobistego. Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością albo  spółka akcyjna jest odrębnym podmiotem prawa. Jeżeli nie płaci, wierzyciel zasadniczo dochodzi  należności od spółki. Zarząd może przez długi czas pozostawać gdzieś w tle. Prawo upadłościowe  zna jednak instrument, który potrafi bardzo szybko przenieść ciężar sporu z przedsiębiorstwa na  konkretną osobę.

Art. 373 Prawa upadłościowego pozwala sądowi orzec na okres od roku do dziesięciu lat zakaz  prowadzenia działalności gospodarczej oraz pełnienia szeregu funkcji w podmiotach  gospodarczych wobec osoby, która ze swojej winy, będąc zobowiązana do złożenia wniosku o  ogłoszenie upadłości, nie zrobiła tego w ustawowym terminie. Regulacja obejmuje również osobę  faktycznie zarządzającą przedsiębiorstwem, która istotnie przyczyniła się do niezłożenia wniosku.  Przy ocenie sprawy sąd bierze pod uwagę m.in. stopień winy oraz rozmiar pokrzywdzenia  wierzycieli.  

Z perspektywy wierzyciela ważne jest coś jeszcze: sąd nie wszczyna takiego postępowania sam z  siebie. Postępowanie może zostać uruchomione m.in. na wniosek wierzyciela, tymczasowego  nadzorcy sądowego, zarządcy przymusowego, syndyka albo prokuratora. Wierzyciel, który potrafi  wykazać swoją wierzytelność oraz okoliczności wskazujące, że członek zarządu pozostawał bierny  mimo powstania obowiązku złożenia wniosku o upadłość, może więc doprowadzić do wszczęcia  postępowania, którego potencjalnym skutkiem jest wieloletnie wyeliminowanie tej osoby z  zawodowego obrotu gospodarczego. 

Trudno udawać, że nie wpływa to na dynamikę rozmów z dłużnikiem. 

Trzeba jednak sprostować jeden dość powszechny mit. Nie jest tak, że wystarczy po złożeniu  wniosku zapłacić wierzycielowi i sprawa automatycznie znika. Prawo upadłościowe wprost  stanowi, że zaspokojenie wierzytelności wierzyciela będącego wnioskodawcą nie ma wpływu na  dalszy bieg wszczętego postępowania. Nie powinno się zatem traktować tego instrumentu jako  prostego schematu „zapłać, a wycofam wniosek”. Po uruchomieniu postępowania do gry wchodzi  sąd, a przedmiotem oceny nie jest już wyłącznie prywatny dług wierzyciela, lecz zachowanie osoby  zarządzającej i bezpieczeństwo obrotu. Nie ukrywajmy jednak: praktyka sądów wskazuje, że  wycofanie wniosku wobec zawarcia ugody i spłaty należności skutkuje najczęściej umorzeniem  postępowania. W mojej osobistej praktyce nie spotkałem się z rozstrzygnięciem odmiennym.  

Jako instrument windykacyjny ma on jednak jedną niezaprzeczalną zaletę: zmienia perspektywę  osoby po drugiej stronie stołu. Dotychczas negocjowała ona zobowiązanie spółki. Od momentu  wszczęcia postępowania zaczyna negocjować również z własnym ryzykiem zawodowym. 

Kiedy jest to szczególnie interesujące rozwiązanie? Wyobraźmy sobie, że nasza dłużniczka – spółka, zarządzana jest przez prezesa, który nie ma na siebie żadnego majątku i dlatego nie  interesuje go odpowiedzialność subsydiarna za sprawy spółki. Zakaz prowadzenia działalności  może jednak skłonić go do rozmów, bo prowadzenie potem sprawy innego podmiotu może  skutkować już odpowiedzialnością karną. Analogicznie zakaz może działać na spółki zarządzane  przez „słupa”, oto bowiem art. 373 ust. 1 pkt 1a stanowi, że odpowiada również osoba faktycznie  zarządzająca przedsiębiorstwem. Ktoś kto do tej pory kierował de facto, bez oficjalnego  stanowiska, może w tym wypadku również ponieść odpowiedzialność. 

Sanacja na wniosek wierzyciela – ktoś może wejść do przedsiębiorstwa 

Sanację kojarzymy najczęściej z inicjatywą dłużnika. Firma ma problem, chce się ratować, składa  wniosek, sąd otwiera postępowanie, a zarządca przeprowadza działania sanacyjne. Ustawodawca  przewidział jednak interesujące odstępstwo: wniosek o otwarcie postępowania sanacyjnego wobec  niewypłacalnej osoby prawnej może złożyć również jej wierzyciel osobisty.

To ważne ograniczenie. Nie jest to uniwersalne narzędzie wobec każdego przedsiębiorcy.  Wierzyciel nie otworzy w ten sposób sanacji jednoosobowej działalności gospodarczej. W  odniesieniu do niewypłacalnej spółki kapitałowej możliwość taka jednak istnieje, a wniosek  wierzyciela jest pod względem informacyjnym uproszczony: powinien wskazywać okoliczności  uzasadniające otwarcie postępowania i uprawdopodobnić wierzytelność. Sąd może następnie  zażądać od samego dłużnika przedstawienia szczegółowych informacji dotyczących sytuacji  przedsiębiorstwa.  

I tu zaczyna się część szczególnie ciekawa z perspektywy windykacyjnej. Jeszcze przed  rozstrzygnięciem wniosku sąd może zabezpieczyć przedsiębiorstwo poprzez ustanowienie  tymczasowego nadzorcy sądowego albo – mocniej – tymczasowego zarządcy. Przestajemy wtedy  opierać się wyłącznie na tym, co dłużnik dobrowolnie komunikuje swojemu kontrahentowi. Do  przedsiębiorstwa wchodzi organ sądowy wyposażony w ustawowe kompetencje, który może badać  sytuację majątkową i działalność dłużnika. Nikt nie zrobi wywiadu gospodarczego lepiej niż  tymczasowy nadzorca sądowy bo i nikt nie ma takiego dostępu do informacji poza samym  zarządem. 

Właśnie dlatego wniosek sanacyjny wierzyciela może być interesujący w sytuacji, gdy istnieje  uzasadniona obawa, że przedsiębiorstwo jest niewypłacalne, a jego majątek jest w sposób  nieprzejrzysty przesuwany, obciążany albo zużywany. Wierzyciel nie musi w tym momencie znać  całego obrazu księgowego spółki – istotą postępowania jest właśnie to, że część informacji może  zostać następnie pozyskana w ramach procedury. 

Jeżeli zaś sanacja zostanie otwarta, zasadą (chociaż rzadko stosowaną) jest odebranie dłużnikowi  zarządu własnego i wyznaczenie przez sąd zarządcy. Sąd najczęściej jednak pozostawia dłużnikowi  możliwość wykonywania zwykłego zarządu w określonym zakresie. Otwarcie sanacji radykalnie  zmienia również sytuację egzekucyjną: egzekucje skierowane do majątku wchodzącego w skład  masy sanacyjnej ulegają zawieszeniu z mocy prawa, a nowe egzekucje co do zasady nie mogą być  do tego majątku kierowane.  

Dla wierzyciela może wydawać się paradoksalne, że sam wnosi o postępowanie, które następnie  blokuje egzekucję. Paradoks znika jednak, gdy nie mamy jeszcze tytułu wykonawczego. Jeżeli inny  wierzyciel jest już kilka kroków dalej i komornik przygotowuje sprzedaż najcenniejszej  nieruchomości dłużnika, klasyczne czekanie na własny wyrok może oznaczać, że na końcu  wygramy sprawę przeciwko przedsiębiorstwu bez majątku. Sanacja może w odpowiedniej sytuacji  zatrzymać indywidualny wyścig egzekucyjny i przenieść konflikt na płaszczyznę zbiorową. 

Nie chodzi przy tym o składanie wniosku sanacyjnego, kiedy restrukturyzacja jest oczywiście  bezprzedmiotowa. Wierzyciel nie powinien pozorować troski o uzdrowienie przedsiębiorstwa  wyłącznie po to, żeby dokuczyć dłużnikowi. Chodzi o sytuację, w której niewypłacalność  rzeczywiście występuje, a ochrona przedsiębiorstwa przed rozproszeniem majątku pozostaje  również ochroną interesu ogółu wierzycieli. 

Wniosek o upadłość – nie trzeba być pierwszym u komornika 

Jeszcze bardziej klasycznym narzędziem jest wniosek wierzyciela o ogłoszenie upadłości dłużnika.  Prawo upadłościowe przewiduje wprost, że taki wniosek może zgłosić każdy wierzyciel osobisty  dłużnika. Nie wystarczy oczywiście sama niezapłacona faktura. Wierzyciel powinien 

uprawdopodobnić wierzytelność oraz niewypłacalność dłużnika. Postępowanie upadłościowe nie  jest zastępstwem procesu o zapłatę w sytuacji, gdy dłużnik pozostaje wypłacalny i jedynie  kwestionuje pojedyncze roszczenie. 

Jeżeli jednak dłużnik rzeczywiście utracił zdolność wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań  pieniężnych, wniosek wierzyciela daje możliwości, których nie daje zwykły pozew. 

Po jego złożeniu sąd może zabezpieczyć majątek dłużnika, w szczególności ustanawiając  tymczasowego nadzorcę sądowego. TNS ogranicza swobodę zarządzania majątkiem – dłużnik  może wykonywać czynności zwykłego zarządu, ale czynności przekraczające ten zakres wymagają  zgody nadzorcy. Co szczególnie wartościowe, sąd może zobowiązać TNS do przygotowania  sprawozdania obejmującego informacje o stanie finansowym przedsiębiorstwa, rodzaju i wartości  majątku oraz przewidywanych kosztach przyszłego postępowania upadłościowego.  

To oznacza, że wierzyciel, który jeszcze niedawno próbował bezskutecznie dowiedzieć się, czy  dłużnik posiada jakikolwiek realny majątek, może doprowadzić do sytuacji, w której stan  przedsiębiorstwa bada profesjonalista powołany przez sąd. 

Jeszcze ciekawszy jest art. 39 Prawa upadłościowego. Sąd może na wniosek wnioskodawcy, a więc  również wierzyciela składającego wniosek o upadłość, zawiesić postępowanie egzekucyjne, jeżeli  jest to niezbędne dla osiągnięcia celów postępowania upadłościowego. 

Wyobraźmy sobie sytuację praktyczną. Przedsiębiorca posiada wobec kontrahenta wierzytelność  na 1 mln zł. Postępowanie o zapłatę trwa, więc nie ma jeszcze tytułu wykonawczego. Wie jednak,  że inny wierzyciel posiada wyrok i doprowadził już do egzekucji z nieruchomości stanowiącej  podstawowy składnik majątku dłużnika. Licytacja zbliża się wielkimi krokami. Jeżeli do niej dojdzie  i środki zostaną podzielone, wierzyciel czekający na własny wyrok może przyjść na ucztę wtedy,  kiedy ze stołu zdjęto już talerze. 

Wniosek o ogłoszenie upadłości, połączony z odpowiednio uzasadnionym wnioskiem o  zabezpieczenie, może w określonych okolicznościach zmienić tę sytuację. Celem nie jest  uprzywilejowanie spóźnionego wierzyciela kosztem wierzyciela prowadzącego egzekucję. Celem  jest zachowanie majątku do czasu ustalenia, czy istnieją przesłanki do prowadzenia zbiorowego  postępowania, w którym obowiązywać będą zasady upadłościowego podziału środków. 

Co ciekawe, również tutaj zapłata dokonana już po złożeniu wniosku nie musi rozwiązać problemu  dłużnika. Prawo wprost stanowi, że wykonanie przez dłużnika zobowiązań wobec wnioskodawcy  po złożeniu wniosku nie ma wpływu na dalszy bieg postępowania, a sąd może uznać cofnięcie  wniosku za niedopuszczalne, jeżeli prowadziłoby ono do pokrzywdzenia wierzycieli. Upadłość nie  jest bowiem prywatnym sporem dwóch podmiotów. Gdy ujawnia się niewypłacalność, interes  jednego wierzyciela zaczyna stykać się z interesem całej wspólnoty wierzycieli. 

Nie zapominajmy też o kosztach; sam reprezentowałem spółkę dłużniczkę w sporze z bankiem,  który to, całkiem sprytnie ale raczej nieetycznie, pozyskał najpierw dane finansowe do przedłużenia  finansowania, po ich uzyskaniu postawił całą kwotę w stan natychmiastowej wymagalności i  zamiast pozwu o zapłatę, skierował wniosek o ogłoszenie upadłości. Miało to olbrzymie  przełożenie praktyczne. Sprawa o zapłatę kilku milionów złotych trafiłaby do sądu okręgowego o  dużym obłożeniu sprawami i kosztowała ponad 200.000 zł. samej opłaty od pozwu, pewnie 

ciągnęłaby się latami, tymczasem wniosek upadłościowy szczęśliwym trafem pozostawał we  właściwości jednego z bardziej sprawnych wydziałów upadłościowych w Polsce i jego koszt  ograniczał się do niecałych 10.000 zł. Tę konkretną sprawę mój klient akurat wygrał, ale należy  uznać kreatywność przeciwnika. 

Zarząd przymusowy – kiedy nadzór już nie wystarcza 

Czasami tymczasowy nadzorca sądowy to za mało. Jeżeli mamy do czynienia z dłużnikiem, który  współpracuje, prowadzi księgowość, nie wyzbywa się majątku i wykonuje polecenia nadzorcy,  kontrola sądowa może być wystarczająca. Gorzej, gdy przedsiębiorca jest – używając języka mało  kodeksowego – wyjątkowo kreatywny. 

Prawo upadłościowe przewiduje w takim przypadku dalej idący sposób zabezpieczenia: zarząd  przymusowy nad majątkiem dłużnika. Sąd może go ustanowić, gdy zachodzi obawa, że dłużnik  będzie ukrywał swój majątek albo w inny sposób działał na szkodę wierzycieli, a także gdy nie  wykonuje poleceń tymczasowego nadzorcy sądowego. Sąd wyznacza wówczas zarządcę  przymusowego i określa zakres oraz sposób wykonywania zarządu. Pamiętają może Państwo  sprawę HREIT? Tam właśnie mieliśmy do czynienia z zarządcą przymusowym. 

To jeden z najmocniejszych instrumentów, jakie wierzyciel może próbować uruchomić jeszcze  przed samym ogłoszeniem upadłości. Dłużnik przestaje być jedynym gospodarzem własnego  majątku, a kontrolę nad nim przejmuje osoba powołana przez sąd. Z biznesowego punktu widzenia  różnica pomiędzy zajęciem rachunku bankowego a ustanowieniem zarządcy przymusowego jest  ogromna. Komornik interesuje się konkretnym składnikiem majątku. Zarządca przymusowy może  znaleźć się wewnątrz organizacji i objąć nadzorem sposób gospodarowania przedsiębiorstwem w  zakresie określonym przez sąd. 

To narzędzie nie służy do karania przedsiębiorcy za to, że nie zapłacił jednej faktury. Przesłanki są  daleko bardziej wymagające. Trzeba wykazać rzeczywistą obawę ukrywania majątku lub działania  na szkodę wierzycieli albo brak współpracy z TNS. Właśnie dlatego jest ono jednak tak interesujące  w przypadkach, w których zwykła egzekucja przypomina grę w kotka i myszkę: wierzyciel znajduje  rachunek – rachunek jest pusty; znajduje samochód – okazuje się, że samochód został sprzedany;  pyta o nieruchomość – pojawia się na niej kolejne zabezpieczenie. 

Prawo insolwencyjne pozwala czasem przestać gonić za poszczególnymi składnikami majątku i  zamiast tego objąć kontrolą sposób, w jaki dłużnik całym majątkiem zarządza. 

Najpierw KRZ, potem strategia 

Wszystkie opisane instrumenty mają jeszcze jedną wspólną cechę: postępowania upadłościowe i  restrukturyzacyjne zostały w zdecydowanej większości przeniesione do Krajowego Rejestru  Zadłużonych. Pisma procesowe i dokumenty w postępowaniu restrukturyzacyjnym oraz  upadłościowym wnosi się co do zasady za pośrednictwem systemu teleinformatycznego, przy  wykorzystaniu udostępnionych formularzy. Pismo złożone poza systemem w sytuacji, w której  ustawa wymaga KRZ, nie wywoła skutków prawnych. 

Możliwość kliknięcia odpowiedniego formularza nie oznacza jednak, że opisane postępowania stały  się proste. Wręcz przeciwnie. Wniosek o upadłość czy sanację może wywołać daleko idące  konsekwencje dla przedsiębiorstwa, jego zarządu i wszystkich wierzycieli. Błędnie wybrany 

instrument może zaszkodzić także samemu wnioskodawcy. Czym innym jest bowiem chęć  szybkiego otrzymania pieniędzy, czym innym zabezpieczenie majątku przed licytacją, a jeszcze  czym innym uznanie, że jedyną racjonalną drogą jest zbiorowa likwidacja przedsiębiorstwa. 

Dlatego właśnie w sprawach tego rodzaju warto korzystać nie tylko z prawnika zajmującego się  klasycznym dochodzeniem należności, lecz także z doradcy restrukturyzacyjnego. Dobra strategia  nie zaczyna się od pytania: „jaki formularz złożyć w KRZ?”. Zaczyna się od ustalenia, co dzieje się  z dłużnikiem, jacy inni wierzyciele pozostają w grze, jaki majątek jeszcze istnieje, czy  przedsiębiorstwo posiada wartość jako działająca całość i czy naszym celem jest zapłata,  zabezpieczenie aktywów, zatrzymanie egzekucji, restrukturyzacja czy upadłość. 

Podsumowanie 

Klasyczna windykacja koncentruje się na wierzytelności. Prawo insolwencyjne zmusza wierzyciela  do patrzenia szerzej – na dłużnika jako organizm gospodarczy

Wniosek o zakaz prowadzenia działalności może przenieść ryzyko ze spółki na osoby, które nie  zareagowały w odpowiednim czasie na jej niewypłacalność. Wniosek sanacyjny wierzyciela może  doprowadzić do sądowego zabezpieczenia niewypłacalnej osoby prawnej, ustanowienia TNS albo  tymczasowego zarządcy i w konsekwencji do rzeczywistego wglądu w sytuację przedsiębiorstwa.  Wniosek o ogłoszenie upadłości może pozwolić zabezpieczyć majątek, uzyskać sprawozdanie  tymczasowego nadzorcy, a w uzasadnionym przypadku nawet zatrzymać prowadzoną przez innego  wierzyciela egzekucję. Zarząd przymusowy pozwala zaś sięgnąć po rozwiązanie jeszcze dalej idące,  gdy istnieje obawa, że dłużnik ukrywa majątek albo działa na szkodę wierzycieli. 

Nie twierdzę, że każdy przedsiębiorca mający niezapłaconą fakturę powinien następnego dnia  składać pięć wniosków w KRZ. Byłaby to doskonała metoda na sparaliżowanie sądów, pogorszenie  sytuacji własnego kontrahenta i zapewne wygenerowanie kilku nowych problemów dla samego  wierzyciela. Uważam jednak, że profesjonalne zarządzanie wierzytelnościami nie może kończyć się  na schemacie: wezwanie – pozew – komornik. 

Szczególnie gdy po drugiej stronie znajduje się dłużnik, który schemat ten zna równie dobrze jak  my. 

Prawo restrukturyzacyjne i upadłościowe nie zostało stworzone jako ustawa windykacyjna.  Paradoksalnie właśnie dlatego część znajdujących się w nim narzędzi bywa tak skuteczna w  windykacji. Dłużnicy nauczyli się odpowiadać na wezwania do zapłaty, sprzeciwy od nakazów czy  zajęcia komornicze. Znacznie rzadziej są przygotowani na sytuację, w której muszą zarejestrować  się w KRZ, aby w ogóle złożyć odpowiedź, a tam czeka na nich nowe, nieznane środowisko. 

Wtedy, to już zupełnie inna rozmowa. 

Sprawdź profil eksperta